dziennik (2)

Niekiedy ludzie próbują mnie zmienić, co dokonuje się na rozmaite sposoby, mądre lub głupie, życzliwe albo i nie. Do najgłupszych i najczęściej się powtarzających zaliczam próby nakłonienia mnie, abym podjął jakąś pracę w wymiarze etatowym. Teraz zdarzają się rzadziej, zapewne dlatego, że skoro właściwie nigdy nie pracowałem, wątpliwym jest, abym zrezygnował z wolności i ugiął kark. Ponadto większość ludzi namawiających mnie do tego albo nie uczestniczy już w moim życiu, albo przekonała się, że wybierając taki a nie inny zawód, miałem rację. Tylko czy ja jestem o tym przekonany?

Słyszałem już, że powinienem ubierać się inaczej, mieszkać w innym miejscu, znaleźć sobie innych, bardziej odpowiednich znajomych i tak dalej. Niektóre sugestie dotyczące mojego oczekiwanego przeobrażenia wypływają jednak z mądrości i życzliwości, stanowią kłopot łagodzony jedynie przyjemnością odmowy. Powiadają, na przykład, że powinienem wziąć odpowiedzialność za mój umysł. Być może jest za co. Naprawdę, tego akurat nie wiem. Chodzi o pewnego rodzaju dojrzałość, może nie tyle wyzbycie się niskich czy nawet chłopięcych fascynacji, ale przesunięcie ich z miejsca, w którym się znajdują (kawałek obszaru centralnego mojego świata), na peryferia, w rejony guilty pleasures, a następnie zdobycie się na wysiłek wzlotu ku rzeczom wysokim. Chodzi, jak sądzę, o obrót serca i intelektu w określonym kierunku, zebranie rozproszonych promieni światła w jeden mocny strumień. Ma to jakiś pozór słuszności, choćby ze względu na to, że każdy dar jest obowiązkiem. Człowiek ze słuchem absolutnym winien muzykować, gość ze smykałką do kolorów niech chwyta za pędzel i tak dalej.

Istnieją trzy powody mojej odmowy. Uważam, że kultura jest jedna i właściwym ćwiczeniem dla umysłu jest poszukiwanie sensu i treści wszędzie tam, gdzie można je odnaleźć. Różne perspektywy, odmienne poetyki, media czy, co najważniejsze, klasy artystyczne dzieła oświetlają ten sam temat. Połączone, ujawniają jego wędrówkę i sposoby ujawniania się w ludzkich sercach i umysłach. To jest interesujące. Pod skórą tego poglądu pulsuje, oczywiście, potrzeba doświadczania maksymalnie szerokiego i bogatego świata. Moim światem jest kultura. Innego miał już nie będę.

Istnieje obawa, że wraz z owym skupieniem światła przeistoczyłbym się w intelektualistę lub, co gorsza, inteligenta, których poznałem bardzo wielu, za to niewielu obdarzam szacunkiem. W gruncie rzeczy moje wyobrażenie dobrego intelektualisty zakłada niemożność zostania takowym (mój umysł nie jest aż tak dobry), za to zostanie najmądrzejszym wśród pawianów nie uśmiecha mi się ani trochę, wolałbym wsadzić sobie rękę po łokieć do garda, niż pieprzyć głodne kawałki o wszystkim i niczym. Skupiam się, jako publicysta, na rzeczach błahych, a jednak ważnych dla wielu ludzi. Powód? Niejednokrotnie wcale błahe nie są.

I wreszcie, nie umiem się zmienić. Każda zmiana dokonuje się w czasie, z czasu wynika i czas przesądza o jej powodzeniu. Tymczasem ja nie wiem, że czas płynie. Naprawdę, nie zdaję sobie sprawy z tego, ile mam lat i co te lata ze sobą przyniosły. Dostrzegę upływ czasu i wówczas się zmienię, będę pragnął zmiany i cieszył się z przeobrażenia. Ale jeszcze nie teraz.

W Kopenhadze mamy wiosnę. Słońce zachodzi w rejonach szóstej, jest ciepło, co powoli odbiera rozum – pierwsi nienormalni gnają już przez miasto w koszulkach na ramiączkach albo krótkich porciętach. W sobotę obudziłem się koło ósmej rano. Zrobiłem sobie kawę i usiadłem przed telewizorem. Nie pamiętam, czy jeszcze oglądałem serial, czy może już chwyciłem za pada, bo nie jest to istotne. Dostąpiłem objawienia. Powiedzmy, objawionka na skalę miasta, mieszkania i mojej skromnej osoby. Wizja, która zagościła w mojej głowie, była skończona, kompletna i niemożliwa do odepchnięcia. Napełniła moje życie wielką radością, która niebawem ustąpi. Od jutra zaczynam przepisywanie „Krótkiego życia kpiarzy i szyderców” od początku.
Trwa ładowanie komentarzy...