Dziennik (1)

przyjaciołom

Kolega poprosił mnie o zdjęcie Julka, no to mu podesłałem. Na fotografii Julek patrzy na mnie spode łba i sprawia wrażenie niezadowolonego z sytuacji, w której się znalazł. Obok znajdują się drzwi, za Julkiem stoi fotel, czy też kształt fotelowi podobny. Znajomy wypalił w e-mailu, że zdjęcie jest omenowo-demoniczne i w ogóle genialne jak cholera. Zdębiałem, on zdębiał na moje zdębienie – „No nie mów, że tego nie widzisz”. No to musiałem powiedzieć, że nie widzę za jasną cholerę. Co widzę? Mojego syna, który nie ma w sobie nic demonicznego. Fotografia, co najwyżej, przywołuje wspomnienie chwili, w której została zrobiona. Byliśmy na wernisażu obrazów mojego ojca, Julek podekscytował się i musiałem ściągnąć jego energię na siebie. Mocowaliśmy się między ludźmi podziwiającymi płótna. I tyle. Teraz oczywiście się zastanawiam, czy, wzorem ojcowskim, mały nie uwikłał się w jakieś diabelskie inklinacje. W tym wieku! W takim razie powinienem być z niego dumny. Swoją drogą, to ciekawa sprawa, co ludzie widzą na zdjęciach, zwłaszcza jeśli są to zdjęcia dzieci.



W Krakowie nocowałem u przyjaciół, przez wiele dni. Na ścianie wisiała fotografia gospodarza sprzed mniej więcej trzydziestu lat. Szara, bardzo duża. Poważny chłopczyk spogląda przed siebie. Przeraziła mnie ta fotografia, zwłaszcza że wisiała w pobliżu mojego łóżka. On patrzył na mnie, uciekinier z „Wioski przeklętych”! Wargi wżynają się w policzki jak nóż. W oczach zdają się odbijać nadmuchane żaby i wróble o oderwanych skrzydłach. Czoło ciągnie się wysoko w górę niczym ściana straceń. Policzki jakby napchane surowym mięsem. I tak dalej. Zapytałem ich, dlaczego powiesili tego potwora. „Co, stary, szukasz pocieszenia w tym, że byłeś okropnym, nikczemnym bachorem, a teraz jesteś w sumie spoko facet?”. Tak powiedziałem. Usłyszałem, że to ja jestem popieprzony. „On jest taki słodki”, dorzuciła ona. Tak, słodki jak cykuta. Teraz boję się, że jak znowu przyjadę do Polski, on wciąż będzie wisiał, rujnując mi sny.

Generalizując, ludzie trzymają w mieszkaniach różne niepokojące rzeczy, nie znając nawet ich prawdziwego znaczenia. Ostatni dzień w Polsce spędziłem u JŻ, na jego (właściwie – ich) nowym kwadracie. Cholernie fajny kwadrat, nawiasem mówiąc. Skłamałbym, mówiąc, że nie popiliśmy. Otóż popiliśmy, i to całkiem zdrowo, zwłaszcza że do whisky ryczał nam sam Mgła z przedpremierowego kompaktu. Na parapecie stała sobie figurka królowej Elżbiety, wysokości mniej więcej piętnastu centymetrów. Ledwo zwróciłem na nią uwagę. Następnego dnia budzę się, jak to ja, o świcie. Dobrze się stało, pomyślałem, przecież samolot jest o dziesiątej, czasu wystarczy na wszystko. Wstaję, a jestem udręczony. Udręka narasta mimo kawy i tak wedle siódmej zaczynam rozumieć, że jedynie klin może tu pomóc. Szczęściem, w kuchni znalazłem wino. Z kieliszeczkiem w łapce wlokę się do pokoju, w którym żeśmy tak wczoraj porządzili. Słońce unosi się nad Warszawę, a na parapecie znajoma figurka Elżbiety II macha do mnie ręką. Mrugam. Patrzę na kieliszek. Patrzę na figurkę – wciąż macha. Odstawiam szkło, szukam ratunku w widoku czerwonawego, rozbujanego oczka, ale fakty są, jakie są – macha do mnie piętnastocentymetrowa Elżbieta II. „No ładnie, Orbitowski, doigrałeś się”, myślę sobie, „pamiętasz, co sobie obiecałeś, gdy zdarzy się taka chwila. Teraz pokaż, żeś facet”. Już chcę budzić telefonem zaprzyjaźnionego uzależnionego, żeby mi polecił terapeutę, zachodzę w głowę, jak może wyglądać pomoc dla takich jak ja w Kopenhadze, oszalały ze strachu drepczę do okna i staję nad figurką, a fala gorąca momentalnie zmienia się w letni zefirek. Elżbieta II dalej macha, lecz nie tylko do mnie. W jej ramieniu schowano jakieś wahadełko, i proszę, macie źródło mojego przerażenia. Zawracam, chłepczę wino w rozkosznym przekonaniu, że zwyczajnie mi się należy, a w tym czasie z sypialni gospodarzy dochodzą odgłosy świadczące o przebudzeniu. Opowiadam im, co przed chwilą się zdarzyło, a JŻ mamrocze spod kołdry: „Jak jest słońce, ona zawsze kiwa ręką. Tak ma”.
Trwa ładowanie komentarzy...